niedziela, 7 czerwca 2020
niedziela, 24 maja 2020
poniedziałek, 18 maja 2020
poniedziałek, 27 kwietnia 2020
wtorek, 31 marca 2020
Nawrócenie to złe określenie
Powinno brzmieć raczej „powstanie” i kojarzyć się z... wiosną. Myślę, że ten „grzech ciężki” - to radykalne odwrócenie się od Boga - to w praktyce rodzaj „focha” którego każdy z nas doznaje - czy to wierzący, czy niewierzący - ochrzczony, czy nie - kiedy coś w jego życiu, coś co było dla niego ważne, nie dzieje się tak jakby on chciał. A nawet, kiedy zapowiada się, lub już się przesądziło, że się nie spełni. Kto wie, może nawet w moim życiu to było pragnienie zostania gwiazdorem rockowym? Z zewnątrz, lub kiedy się samemu już przekroczy takie niespełnione pragnienie, wydaje się to mało poważne, ale z wewnątrz i na danym etapie życia, od tego na prawdę zależy cała jakość życia. Często jest tak, że w imię tego marzenia poświęciło się wiele innych. Być może to jest to „ostatnie” prawdziwe marzenie. Kiedy ono pryska, nim ono pryśnie, ale już wiadomo, że tak się stanie - człowiek się „obraża na życie”. Obraża się wtedy często na rodziców, obraża na kolegów i obraża na Boga albo Kościół - jeśli jest w Kościele. Obraża się też, a może - w pierwszej kolejności - na siebie. I jest w tym wszystkim uczciwy i konsekwentny. A dla otoczenia - co tu ukrywać - wkurzający.
Ze wszystkich stron zaczyna dostawać kary. Ma „focha” a nikt się nad nim nie lituje. A jeśli lituje, to nie tak się lituje jak on chce. A on sam nie wie czego chce. To jest kompletna porażka życiowa, wszystko idzie źle i chciałoby się uciec, choćby w samobójstwo. Ale ucieka się w depresję, zamknięcie w sobie, sen, bierność, a jak się do tego dołoży narkotyki albo alkohol, to i na skraj choroby psychicznej. Tam wcale nie jest źle, pod warunkiem że się konsekwentnie ignoruje wszystkie kolejne straty i osunięcia wartości życiowych. To, co jest dobre, to że na fali abnegactwa można też pozbyć się nałogów społecznych, nabrać obojętnego stosunku do dóbr materialnych... No, ale po co to komu by było, gdyby miał już nigdy nie ożyć?
Jest jednak problem z tym „ożyciem” czy “powstaniem” - bo mosty powrotne do dawnych znajomych są już popalone. Niejednokrotnie już i sami znajomi przezywają podobny proces... Pytanie jest - dokąd iść? A nie ma już tych marzeń, które kiedyś nadawały kierunek.
Przypomina mi to wiosnę, kiedy pogoda jest kapryśna, nie daje jeszcze dobrego samopoczucia, a ciało rozleniwione, zaniedbane i ociężałe. Jest pokusa, żeby obrazić się na ten okrutny świat i siedzieć biernie pod kocem. Ale wtedy przegapia się lato, a czasem kilka dobrych lat się spędza w takim grobie. I oczywiście jest coraz gorzej, coraz bardziej jest się złym na siebie i samousprawiedliwia się własną niemoc winami innych. A inni dostarczają - jak na zamówienie - stosownych powodów, bo to jest reakcja na takiego „ostańca”. Umysł też staje się nieruchomy od tej depresji i niezdolny coś zmienić. Nie ma więc - na szczęście - dokąd wracać, nie ma też - na szczęście - dokąd iść. Nie ma też żadnej gwarancji, że coś się uda czy powiedzie. Ale trzeba się ruszać - trzeba żyć - bo inaczej się umrze. I jest to bardzo zdrowa i realistyczna sytuacja, już nie jakieś sentymenty wobec przeszłości, już nie mrzonki o nieosiągalnych celach. To jest kontakt z rzeczywistą rzeczywistością i koniecznością życia mimo wszystko, mimo porażek, mimo braku gwarancji. No i trzeba ruszyć tyłek. Samemu. A to jest najtrudniejsze. Nawet nie wiadomo jak. Trzeba cośkolwiek robić i jak się da. Trzeba zacząć chcieć. I to jest to „nawrócenie” - to wiosenne powstanie zastałego a nawet martwego ciała. I jakie to jest widoczne! Kiedy „waleń” wybiega, żeby spróbować joggingu po raz pierwszy od lekcji w podstawówce. Oczywiście, jest to śmieszne - ale też budzi szacunek. Otoczenie widzi jak człowiek upadły zaczyna budować siebie od podstaw. Ci, którzy już to przeszli, nie będą się naśmiewać tylko wyciągną pomocną dłoń. Ci, którzy będą się naśmiewać, będą mieli swoje nawrócenie - po tym, jak im się wypalą życiowe sukcesy i aspiracje. Dlatego to jest sprawiedliwe, bo każdy z nas się kiedyś tak z kogoś śmiał, nie rozumiejąc że sam będzie w jego miejscu.
Ze wszystkich stron zaczyna dostawać kary. Ma „focha” a nikt się nad nim nie lituje. A jeśli lituje, to nie tak się lituje jak on chce. A on sam nie wie czego chce. To jest kompletna porażka życiowa, wszystko idzie źle i chciałoby się uciec, choćby w samobójstwo. Ale ucieka się w depresję, zamknięcie w sobie, sen, bierność, a jak się do tego dołoży narkotyki albo alkohol, to i na skraj choroby psychicznej. Tam wcale nie jest źle, pod warunkiem że się konsekwentnie ignoruje wszystkie kolejne straty i osunięcia wartości życiowych. To, co jest dobre, to że na fali abnegactwa można też pozbyć się nałogów społecznych, nabrać obojętnego stosunku do dóbr materialnych... No, ale po co to komu by było, gdyby miał już nigdy nie ożyć?
Jest jednak problem z tym „ożyciem” czy “powstaniem” - bo mosty powrotne do dawnych znajomych są już popalone. Niejednokrotnie już i sami znajomi przezywają podobny proces... Pytanie jest - dokąd iść? A nie ma już tych marzeń, które kiedyś nadawały kierunek.
Przypomina mi to wiosnę, kiedy pogoda jest kapryśna, nie daje jeszcze dobrego samopoczucia, a ciało rozleniwione, zaniedbane i ociężałe. Jest pokusa, żeby obrazić się na ten okrutny świat i siedzieć biernie pod kocem. Ale wtedy przegapia się lato, a czasem kilka dobrych lat się spędza w takim grobie. I oczywiście jest coraz gorzej, coraz bardziej jest się złym na siebie i samousprawiedliwia się własną niemoc winami innych. A inni dostarczają - jak na zamówienie - stosownych powodów, bo to jest reakcja na takiego „ostańca”. Umysł też staje się nieruchomy od tej depresji i niezdolny coś zmienić. Nie ma więc - na szczęście - dokąd wracać, nie ma też - na szczęście - dokąd iść. Nie ma też żadnej gwarancji, że coś się uda czy powiedzie. Ale trzeba się ruszać - trzeba żyć - bo inaczej się umrze. I jest to bardzo zdrowa i realistyczna sytuacja, już nie jakieś sentymenty wobec przeszłości, już nie mrzonki o nieosiągalnych celach. To jest kontakt z rzeczywistą rzeczywistością i koniecznością życia mimo wszystko, mimo porażek, mimo braku gwarancji. No i trzeba ruszyć tyłek. Samemu. A to jest najtrudniejsze. Nawet nie wiadomo jak. Trzeba cośkolwiek robić i jak się da. Trzeba zacząć chcieć. I to jest to „nawrócenie” - to wiosenne powstanie zastałego a nawet martwego ciała. I jakie to jest widoczne! Kiedy „waleń” wybiega, żeby spróbować joggingu po raz pierwszy od lekcji w podstawówce. Oczywiście, jest to śmieszne - ale też budzi szacunek. Otoczenie widzi jak człowiek upadły zaczyna budować siebie od podstaw. Ci, którzy już to przeszli, nie będą się naśmiewać tylko wyciągną pomocną dłoń. Ci, którzy będą się naśmiewać, będą mieli swoje nawrócenie - po tym, jak im się wypalą życiowe sukcesy i aspiracje. Dlatego to jest sprawiedliwe, bo każdy z nas się kiedyś tak z kogoś śmiał, nie rozumiejąc że sam będzie w jego miejscu.
sobota, 28 marca 2020
poniedziałek, 23 marca 2020
Samotność
To dla niej masz porządek w szafie
I pozbyłeś się niepotrzebnych gratów
Przy niej czuwasz dniami i nocami,
Mając nadzieję, że kiedy umrze, zostawi ci wszystko
To dla niej zrobisz co rano śniadanie,
To co lubi, tak jak lubi i o której sobie życzy
Dla niej wyrzucisz śmieci, zrobisz zakupy i zmyjesz naczynia,
Pozwalając jej na słodkie lenistwo
Przyniesiesz wieczorną herbatę,
Żeby mogła poczytać ulubioną gazetę
Wysłuchasz z nią jej ulubionego radia,
I tego, jak rozmawia przez telefon ze swoją mamą
Z tobą zrozumie się bez słów,
Wasze gesty są tak naturalne i spontaniczne
Przy niej możesz być sobą,
Nic przykrego cię z jej strony nie spotka
Nie będzie się czepiać ani obwiniać,
Zawsze stanie po twojej stronie
Nie powie trudnej prawdy prosto w oczy
- Jest na to zbyt taktowna
Przyzwyczaiłeś się już do jej milczenia,
Jej niechęci do masaży i prezentów
Nie jest romantyczna, ale za to wierna,
Wszak obiecała, że nie opuści cię aż do śmierci
Da ci stabilność i oparcie w trudnych chwilach,
Cierpliwie wysłucha powstrzymując się od rad
Na koniec przeglądając się w lusterku powie ci, że cię kocha,
Żebyś tylko nigdy, przenigdy jej nie opuścił
poniedziałek, 16 marca 2020
wtorek, 10 marca 2020
Nic się nie zmieniło
Cały czas było tak samo
W powietrzu wisiała smierć i nienawiść
Każdy zamknięty w swoim pokoju
Korytarz jak w więzieniu za pozamykanymi drzwiami
Chciałem to przespać w znieczuleniu
To podłe jedzenie i gesty na siłę
Pijackie amoki i kłamstwa w żywe oczy
Pragnąłem, żeby wszyscy umarli
Ale nic się nie zmieniło
W powietrzu wisiała smierć i nienawiść
Każdy zamknięty w swoim pokoju
Korytarz jak w więzieniu za pozamykanymi drzwiami
Chciałem to przespać w znieczuleniu
To podłe jedzenie i gesty na siłę
Pijackie amoki i kłamstwa w żywe oczy
Pragnąłem, żeby wszyscy umarli
Ale nic się nie zmieniło
sobota, 29 lutego 2020
czwartek, 27 lutego 2020
Nie potrafiłbym żyć bez spokoju wewnętrznego
W kontemplacji ważne żeby zachować jakąś „własną” postawę, która będzie mnie mówiła że kontempluję. A nie - śpię, albo czytam gazetę w metrze.
Tą postawą może być dowolny „znak” np. odwrócenie się do ściany, zapalenie świecy albo uklęknięcie przy łóżku. Coś czego się normalnie nie robi.
To zupełnie osobista sprawa. Ten znak służy tylko mnie. On oddziela mój czas kontemplacji od innych momentów życia. Czyni ten czas czymś wyjątkowym.
I tylko to jest ważne. Nie rządzą żadne inne reguły. Regułami jest brak reguł.
To jedyna ucieczka od świata. Zanurzam się w nią kiedy mam dość wszystkiego. I nie opuszczam tego stanu, aż osiągnę - tego bez czego nie wyobrażam sobie życia - czyli pokoju wewnętrznego.
Podczas kontemplacji może się przydarzyć wszystko - może dzwonić telefon, szczekać pies, dziecko wchodzić na głowę, przypomnieć się że miałem coś ważnego zrobić. To wszystko jest bez znaczenia.
Nie wiem ile to będzie trwało. Choćby nawet miało trwać wiecznie! Dopóki nie znajdę oparcia w sobie, dopóki nie usłyszę siebie, to dalej nie pójdę.
W praktyce powinno wystarczyć z pół godziny.
Tą postawą może być dowolny „znak” np. odwrócenie się do ściany, zapalenie świecy albo uklęknięcie przy łóżku. Coś czego się normalnie nie robi.
To zupełnie osobista sprawa. Ten znak służy tylko mnie. On oddziela mój czas kontemplacji od innych momentów życia. Czyni ten czas czymś wyjątkowym.
I tylko to jest ważne. Nie rządzą żadne inne reguły. Regułami jest brak reguł.
To jedyna ucieczka od świata. Zanurzam się w nią kiedy mam dość wszystkiego. I nie opuszczam tego stanu, aż osiągnę - tego bez czego nie wyobrażam sobie życia - czyli pokoju wewnętrznego.
Podczas kontemplacji może się przydarzyć wszystko - może dzwonić telefon, szczekać pies, dziecko wchodzić na głowę, przypomnieć się że miałem coś ważnego zrobić. To wszystko jest bez znaczenia.
Nie wiem ile to będzie trwało. Choćby nawet miało trwać wiecznie! Dopóki nie znajdę oparcia w sobie, dopóki nie usłyszę siebie, to dalej nie pójdę.
W praktyce powinno wystarczyć z pół godziny.
środa, 26 lutego 2020
Właściwa relacja pomiędzy rodzicami a dziećmi
Pracownik ma zasadniczo jednego przełożonego. Jeśli ma kilku przełożonych, to musi być między nimi czytelna dla podwładnego relacja podrzędności. W rodzinie bezpośrednim przełożonym dziecka zazwyczaj jest kobieta. Inteligentny człowiek dostrzeże, że rozstrzyga to „odwieczny problem” tzw. niespójności modelu wychowawczego - bo menedżer „wyższego szczebla” nie będzie mieszać się tam, gdzie nie jest potrzebny (a może być też tak, że wcale nie jest potrzebny). Panowie, rozumiem że czasem chcielibyście się czuć bardziej potrzebni - ale powstrzymajcie się od „walki” o swoją „rolę” wobec dzieci. W ten sposób tylko czynicie tylko tę hierarchię mniej czytelną. A menadżerów dwóch i tak nie będzie, tak jak nie będzie dwóch kierowców w samochodzie. Nie można oczekiwać uzgadniania każdej zmiany pasa, przycisnięcia pedału czy włączenia kierunkowskazu.
Kobietom się pomyliło, a facetom jeszcze bardziej
Zadajmy sobie pytanie: Czy to menedżer potrzebuje podwładnego, czy podwładny menedżera?
Odpowiedź: Tak uczciwie rzecz biorąc, to podwładny potrzebuje menedżera. Menedżer nie potrzebuje podwładnego, bo do czego? Żeby mieć kim rządzić? Organizacje nie zatrudniają pracowników, po to żeby mieć kim rządzić. Ale zatrudniają menedżerów, po to żeby „rządzili/kierowali” pracownikami. Menedżer jest więc dla pracowników, tak samo jak dla nich jest księgowy, informatyk, ochroniarz czy sprzątaczka. Menedżer - owszem - bez podwładnych nie ma racji bytu. Tym bardziej widać, że jest dla podwładnych. A nie podwładni dla niego.
Jeśli więc menedżer jest dla podwładnego, to z tego wynika że to podwładny potrzebuje menedżera. Menedżer podwładnego nie potrzebuje - on jest dla podwładnego. Udziela mu wsparcia. Ten, kto udziela wsparcia nie potrzebuje tego, komu udziela wsparcia.
Może być tak, że menedżer nie udziela wsparcia. Lub że podwładny nie potrzebuje określonego wsparcia od menedżera. W takich przypadkach menedżer jest niepotrzebny.
Ale (!) z tego, że jest niepotrzebny menedżer powinien się cieszyć. Menedżer nie powinien być menedżerem dla samej sztuki. Jeśli jest niepotrzebny, powinien się powstrzymać od działania. Dobre zarządzanie bowiem to pomaganie tam, gdzie jest to potrzebne, a nie przeszkadzanie tam, gdzie nie trzeba pomocy.
Inteligentny człowiek na podstawie powyższego powinien móc dokonać rozsądzenia w kwestii podziału władzy pomiędzy współczesną kobietą a mężczyzną -
Jeśli mężczyzna twierdziłby, że potrzebuje posłuszeństwa kobiety, to zaprzeczałby swojej nadrzędności. Byłby sprzeczny we własnych oczekiwaniach. A jeśli kobieta de facto nie potrzebuje mężczyzny, to po co on jej?
Jedyne, co mogłoby uzasadniać zwierzchność jednego nad drugim to potrzeba jednej ze stron posiadania takiej zwierzchności. Jeśli u żadnej ze stron nie ma takiej potrzeby, to zwierzchnik jest niepotrzebny,
Żadne „dogmaty” tego nie zmienią. Gdyby ktoś był najedzony to wbrew naturze byłoby, żeby - mimo braku potrzeby - jadł. To byłoby bez sensu i złe. Tak samo uznawanie czyjegoś zwierzchnictwa.
Rozumiem, że mężczyzna może chcieć się czuć potrzebny. Ale jeśli nie jest, to powinien umieć to sobie odpuścić. I nie wszczynać batalii o „rolę” mężczyzny.
Nie wyklucza to sytuacji, kiedy kobieta czy mężczyzna faktycznie może potrzebować „kierownika/przełożonego”. Dopóki jednak radzi sobie bez niego - powtarzam - „kierownik” jest bez sensu.
W dzisiejszych czasach Panie radzą sobie tak świetnie, że - mężczyzny nieraz nie potrzebują. Czy to jest jakiś problem? Chwała im za to. A jeśliby mężczyzna potrzebował kierownictwa kobiety, to co w tym złego?
Tradycyjny podział ról w małżeństwie opiera się na założeniu, że mężczyzna jest przydatny kobiecie jako zwierzchnik. Jeśli tak nie jest to powinien zająć się czymś innym.
Kobieta jak będzie potrzebowała kogoś, kto jej będzie mówić co ma robić, to się „zgłosi”. Owszem, jest wolna.
A jeśli kobieta tego nie chce, to mężczyzna jej jest zupełnie po nic.
Odpowiedź: Tak uczciwie rzecz biorąc, to podwładny potrzebuje menedżera. Menedżer nie potrzebuje podwładnego, bo do czego? Żeby mieć kim rządzić? Organizacje nie zatrudniają pracowników, po to żeby mieć kim rządzić. Ale zatrudniają menedżerów, po to żeby „rządzili/kierowali” pracownikami. Menedżer jest więc dla pracowników, tak samo jak dla nich jest księgowy, informatyk, ochroniarz czy sprzątaczka. Menedżer - owszem - bez podwładnych nie ma racji bytu. Tym bardziej widać, że jest dla podwładnych. A nie podwładni dla niego.
Jeśli więc menedżer jest dla podwładnego, to z tego wynika że to podwładny potrzebuje menedżera. Menedżer podwładnego nie potrzebuje - on jest dla podwładnego. Udziela mu wsparcia. Ten, kto udziela wsparcia nie potrzebuje tego, komu udziela wsparcia.
Może być tak, że menedżer nie udziela wsparcia. Lub że podwładny nie potrzebuje określonego wsparcia od menedżera. W takich przypadkach menedżer jest niepotrzebny.
Ale (!) z tego, że jest niepotrzebny menedżer powinien się cieszyć. Menedżer nie powinien być menedżerem dla samej sztuki. Jeśli jest niepotrzebny, powinien się powstrzymać od działania. Dobre zarządzanie bowiem to pomaganie tam, gdzie jest to potrzebne, a nie przeszkadzanie tam, gdzie nie trzeba pomocy.
Inteligentny człowiek na podstawie powyższego powinien móc dokonać rozsądzenia w kwestii podziału władzy pomiędzy współczesną kobietą a mężczyzną -
Jeśli mężczyzna twierdziłby, że potrzebuje posłuszeństwa kobiety, to zaprzeczałby swojej nadrzędności. Byłby sprzeczny we własnych oczekiwaniach. A jeśli kobieta de facto nie potrzebuje mężczyzny, to po co on jej?
Jedyne, co mogłoby uzasadniać zwierzchność jednego nad drugim to potrzeba jednej ze stron posiadania takiej zwierzchności. Jeśli u żadnej ze stron nie ma takiej potrzeby, to zwierzchnik jest niepotrzebny,
Żadne „dogmaty” tego nie zmienią. Gdyby ktoś był najedzony to wbrew naturze byłoby, żeby - mimo braku potrzeby - jadł. To byłoby bez sensu i złe. Tak samo uznawanie czyjegoś zwierzchnictwa.
Rozumiem, że mężczyzna może chcieć się czuć potrzebny. Ale jeśli nie jest, to powinien umieć to sobie odpuścić. I nie wszczynać batalii o „rolę” mężczyzny.
Nie wyklucza to sytuacji, kiedy kobieta czy mężczyzna faktycznie może potrzebować „kierownika/przełożonego”. Dopóki jednak radzi sobie bez niego - powtarzam - „kierownik” jest bez sensu.
W dzisiejszych czasach Panie radzą sobie tak świetnie, że - mężczyzny nieraz nie potrzebują. Czy to jest jakiś problem? Chwała im za to. A jeśliby mężczyzna potrzebował kierownictwa kobiety, to co w tym złego?
Tradycyjny podział ról w małżeństwie opiera się na założeniu, że mężczyzna jest przydatny kobiecie jako zwierzchnik. Jeśli tak nie jest to powinien zająć się czymś innym.
Kobieta jak będzie potrzebowała kogoś, kto jej będzie mówić co ma robić, to się „zgłosi”. Owszem, jest wolna.
A jeśli kobieta tego nie chce, to mężczyzna jej jest zupełnie po nic.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)