sobota, 29 lutego 2020
czwartek, 27 lutego 2020
Nie potrafiłbym żyć bez spokoju wewnętrznego
W kontemplacji ważne żeby zachować jakąś „własną” postawę, która będzie mnie mówiła że kontempluję. A nie - śpię, albo czytam gazetę w metrze.
Tą postawą może być dowolny „znak” np. odwrócenie się do ściany, zapalenie świecy albo uklęknięcie przy łóżku. Coś czego się normalnie nie robi.
To zupełnie osobista sprawa. Ten znak służy tylko mnie. On oddziela mój czas kontemplacji od innych momentów życia. Czyni ten czas czymś wyjątkowym.
I tylko to jest ważne. Nie rządzą żadne inne reguły. Regułami jest brak reguł.
To jedyna ucieczka od świata. Zanurzam się w nią kiedy mam dość wszystkiego. I nie opuszczam tego stanu, aż osiągnę - tego bez czego nie wyobrażam sobie życia - czyli pokoju wewnętrznego.
Podczas kontemplacji może się przydarzyć wszystko - może dzwonić telefon, szczekać pies, dziecko wchodzić na głowę, przypomnieć się że miałem coś ważnego zrobić. To wszystko jest bez znaczenia.
Nie wiem ile to będzie trwało. Choćby nawet miało trwać wiecznie! Dopóki nie znajdę oparcia w sobie, dopóki nie usłyszę siebie, to dalej nie pójdę.
W praktyce powinno wystarczyć z pół godziny.
Tą postawą może być dowolny „znak” np. odwrócenie się do ściany, zapalenie świecy albo uklęknięcie przy łóżku. Coś czego się normalnie nie robi.
To zupełnie osobista sprawa. Ten znak służy tylko mnie. On oddziela mój czas kontemplacji od innych momentów życia. Czyni ten czas czymś wyjątkowym.
I tylko to jest ważne. Nie rządzą żadne inne reguły. Regułami jest brak reguł.
To jedyna ucieczka od świata. Zanurzam się w nią kiedy mam dość wszystkiego. I nie opuszczam tego stanu, aż osiągnę - tego bez czego nie wyobrażam sobie życia - czyli pokoju wewnętrznego.
Podczas kontemplacji może się przydarzyć wszystko - może dzwonić telefon, szczekać pies, dziecko wchodzić na głowę, przypomnieć się że miałem coś ważnego zrobić. To wszystko jest bez znaczenia.
Nie wiem ile to będzie trwało. Choćby nawet miało trwać wiecznie! Dopóki nie znajdę oparcia w sobie, dopóki nie usłyszę siebie, to dalej nie pójdę.
W praktyce powinno wystarczyć z pół godziny.
środa, 26 lutego 2020
Właściwa relacja pomiędzy rodzicami a dziećmi
Pracownik ma zasadniczo jednego przełożonego. Jeśli ma kilku przełożonych, to musi być między nimi czytelna dla podwładnego relacja podrzędności. W rodzinie bezpośrednim przełożonym dziecka zazwyczaj jest kobieta. Inteligentny człowiek dostrzeże, że rozstrzyga to „odwieczny problem” tzw. niespójności modelu wychowawczego - bo menedżer „wyższego szczebla” nie będzie mieszać się tam, gdzie nie jest potrzebny (a może być też tak, że wcale nie jest potrzebny). Panowie, rozumiem że czasem chcielibyście się czuć bardziej potrzebni - ale powstrzymajcie się od „walki” o swoją „rolę” wobec dzieci. W ten sposób tylko czynicie tylko tę hierarchię mniej czytelną. A menadżerów dwóch i tak nie będzie, tak jak nie będzie dwóch kierowców w samochodzie. Nie można oczekiwać uzgadniania każdej zmiany pasa, przycisnięcia pedału czy włączenia kierunkowskazu.
Kobietom się pomyliło, a facetom jeszcze bardziej
Zadajmy sobie pytanie: Czy to menedżer potrzebuje podwładnego, czy podwładny menedżera?
Odpowiedź: Tak uczciwie rzecz biorąc, to podwładny potrzebuje menedżera. Menedżer nie potrzebuje podwładnego, bo do czego? Żeby mieć kim rządzić? Organizacje nie zatrudniają pracowników, po to żeby mieć kim rządzić. Ale zatrudniają menedżerów, po to żeby „rządzili/kierowali” pracownikami. Menedżer jest więc dla pracowników, tak samo jak dla nich jest księgowy, informatyk, ochroniarz czy sprzątaczka. Menedżer - owszem - bez podwładnych nie ma racji bytu. Tym bardziej widać, że jest dla podwładnych. A nie podwładni dla niego.
Jeśli więc menedżer jest dla podwładnego, to z tego wynika że to podwładny potrzebuje menedżera. Menedżer podwładnego nie potrzebuje - on jest dla podwładnego. Udziela mu wsparcia. Ten, kto udziela wsparcia nie potrzebuje tego, komu udziela wsparcia.
Może być tak, że menedżer nie udziela wsparcia. Lub że podwładny nie potrzebuje określonego wsparcia od menedżera. W takich przypadkach menedżer jest niepotrzebny.
Ale (!) z tego, że jest niepotrzebny menedżer powinien się cieszyć. Menedżer nie powinien być menedżerem dla samej sztuki. Jeśli jest niepotrzebny, powinien się powstrzymać od działania. Dobre zarządzanie bowiem to pomaganie tam, gdzie jest to potrzebne, a nie przeszkadzanie tam, gdzie nie trzeba pomocy.
Inteligentny człowiek na podstawie powyższego powinien móc dokonać rozsądzenia w kwestii podziału władzy pomiędzy współczesną kobietą a mężczyzną -
Jeśli mężczyzna twierdziłby, że potrzebuje posłuszeństwa kobiety, to zaprzeczałby swojej nadrzędności. Byłby sprzeczny we własnych oczekiwaniach. A jeśli kobieta de facto nie potrzebuje mężczyzny, to po co on jej?
Jedyne, co mogłoby uzasadniać zwierzchność jednego nad drugim to potrzeba jednej ze stron posiadania takiej zwierzchności. Jeśli u żadnej ze stron nie ma takiej potrzeby, to zwierzchnik jest niepotrzebny,
Żadne „dogmaty” tego nie zmienią. Gdyby ktoś był najedzony to wbrew naturze byłoby, żeby - mimo braku potrzeby - jadł. To byłoby bez sensu i złe. Tak samo uznawanie czyjegoś zwierzchnictwa.
Rozumiem, że mężczyzna może chcieć się czuć potrzebny. Ale jeśli nie jest, to powinien umieć to sobie odpuścić. I nie wszczynać batalii o „rolę” mężczyzny.
Nie wyklucza to sytuacji, kiedy kobieta czy mężczyzna faktycznie może potrzebować „kierownika/przełożonego”. Dopóki jednak radzi sobie bez niego - powtarzam - „kierownik” jest bez sensu.
W dzisiejszych czasach Panie radzą sobie tak świetnie, że - mężczyzny nieraz nie potrzebują. Czy to jest jakiś problem? Chwała im za to. A jeśliby mężczyzna potrzebował kierownictwa kobiety, to co w tym złego?
Tradycyjny podział ról w małżeństwie opiera się na założeniu, że mężczyzna jest przydatny kobiecie jako zwierzchnik. Jeśli tak nie jest to powinien zająć się czymś innym.
Kobieta jak będzie potrzebowała kogoś, kto jej będzie mówić co ma robić, to się „zgłosi”. Owszem, jest wolna.
A jeśli kobieta tego nie chce, to mężczyzna jej jest zupełnie po nic.
Odpowiedź: Tak uczciwie rzecz biorąc, to podwładny potrzebuje menedżera. Menedżer nie potrzebuje podwładnego, bo do czego? Żeby mieć kim rządzić? Organizacje nie zatrudniają pracowników, po to żeby mieć kim rządzić. Ale zatrudniają menedżerów, po to żeby „rządzili/kierowali” pracownikami. Menedżer jest więc dla pracowników, tak samo jak dla nich jest księgowy, informatyk, ochroniarz czy sprzątaczka. Menedżer - owszem - bez podwładnych nie ma racji bytu. Tym bardziej widać, że jest dla podwładnych. A nie podwładni dla niego.
Jeśli więc menedżer jest dla podwładnego, to z tego wynika że to podwładny potrzebuje menedżera. Menedżer podwładnego nie potrzebuje - on jest dla podwładnego. Udziela mu wsparcia. Ten, kto udziela wsparcia nie potrzebuje tego, komu udziela wsparcia.
Może być tak, że menedżer nie udziela wsparcia. Lub że podwładny nie potrzebuje określonego wsparcia od menedżera. W takich przypadkach menedżer jest niepotrzebny.
Ale (!) z tego, że jest niepotrzebny menedżer powinien się cieszyć. Menedżer nie powinien być menedżerem dla samej sztuki. Jeśli jest niepotrzebny, powinien się powstrzymać od działania. Dobre zarządzanie bowiem to pomaganie tam, gdzie jest to potrzebne, a nie przeszkadzanie tam, gdzie nie trzeba pomocy.
Inteligentny człowiek na podstawie powyższego powinien móc dokonać rozsądzenia w kwestii podziału władzy pomiędzy współczesną kobietą a mężczyzną -
Jeśli mężczyzna twierdziłby, że potrzebuje posłuszeństwa kobiety, to zaprzeczałby swojej nadrzędności. Byłby sprzeczny we własnych oczekiwaniach. A jeśli kobieta de facto nie potrzebuje mężczyzny, to po co on jej?
Jedyne, co mogłoby uzasadniać zwierzchność jednego nad drugim to potrzeba jednej ze stron posiadania takiej zwierzchności. Jeśli u żadnej ze stron nie ma takiej potrzeby, to zwierzchnik jest niepotrzebny,
Żadne „dogmaty” tego nie zmienią. Gdyby ktoś był najedzony to wbrew naturze byłoby, żeby - mimo braku potrzeby - jadł. To byłoby bez sensu i złe. Tak samo uznawanie czyjegoś zwierzchnictwa.
Rozumiem, że mężczyzna może chcieć się czuć potrzebny. Ale jeśli nie jest, to powinien umieć to sobie odpuścić. I nie wszczynać batalii o „rolę” mężczyzny.
Nie wyklucza to sytuacji, kiedy kobieta czy mężczyzna faktycznie może potrzebować „kierownika/przełożonego”. Dopóki jednak radzi sobie bez niego - powtarzam - „kierownik” jest bez sensu.
W dzisiejszych czasach Panie radzą sobie tak świetnie, że - mężczyzny nieraz nie potrzebują. Czy to jest jakiś problem? Chwała im za to. A jeśliby mężczyzna potrzebował kierownictwa kobiety, to co w tym złego?
Tradycyjny podział ról w małżeństwie opiera się na założeniu, że mężczyzna jest przydatny kobiecie jako zwierzchnik. Jeśli tak nie jest to powinien zająć się czymś innym.
Kobieta jak będzie potrzebowała kogoś, kto jej będzie mówić co ma robić, to się „zgłosi”. Owszem, jest wolna.
A jeśli kobieta tego nie chce, to mężczyzna jej jest zupełnie po nic.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)